Geoblog.pl    nondrusiaki    Podróże    Wilno i okolice    Cel....
Zwiń mapę
2008
08
lis

Cel....

 
Litwa
Litwa, Vilnius
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 250 km
 
Wycieczkas do Wilnas ;)

Dzień pierwszy

Sobota rano. Wstałam z bólem głowy. Dopiero w piątek wieczorem załatwiliśmy nocleg i tylko na dwie nocki. Zaczynam się pakować. Nic mi nie idzie. Bez humoru. Mama zrzędzi, że po co i na co ten wyjazd, a nie lepiej to posiedzieć w domu - przywykłam już do tego, że nie rozumie mojego bakcyla podróżowania. Puszczam mimo uszu te bezsensowne uwagi. Kiedy przyjeżdża po mnie On, jest 10 rano. Ja nieubrana, kanapki nie zrobione. Zbieramy się pół godziny później. Po drodze jeszcze kupujemy mapę i jazda. Granicę przekraczamy w Ogrodnikach. Zadziwiająca rzecz, którą zauważyliśmy po kilkunastu kilometrach. Drogi na Litwie są budowane tak, żeby były proste. Ilość zakrętów jest śladowa, nawet jeśli dookoła są pagórki i dolinki. U nas - serpentynka. Oznakowanie dróg właściwie się nie różni, znaki mają białe tło, reszta podobna. Jednego tylko nie mogliśmy rozszyfrować - trójkąta z czarną kropką - może to tzw czarny punkt? Na niektórych skrzyżowaniach w miastach trochę dziwnie poustawiane tablice kierunkowe. Mimo to, do Wilna dojeżdżamy bez większych problemów. Wita nas... szarzyzna. Kominy, fabryki, jakieś hale. Oczywiście gubimy się, bo na nazwach ulic można połamać sobie język. Tym sposobem prawie wyjechaliśmy z Wilna drugą stroną, no ale zawracamy i w sumie w pół godziny znajdujemy naszą kwaterę. Ohydna brama, obskórne podwórko - myślę sobie, o mamo, za co chcą tyle kasy?? W środku miłe zaskoczenie. Przytulny pokój na poddaszu z wielkim łózkiem, kanapą i fotelami, stylowo urządzony. Oddzielna łazienka i coś w rodzaju przedpokoju, gdzie mamy lodówkę i czajnik. Padamy na łóżko, pijemy ciepła herbatę i wyruszamy na nasz pierwszy wileński spacer...
Kwatera znajduje się w samym centrum, na ul. Bernardyńskiej. Stąd dosłownie 5 minut do głównego placu, zamku Gedymina, itp. Spacerujemy bez celu i bez mapy... Niespodziewanie znaleźliśmy się pod Ostrą Bramą - pięknie oświetlony obraz z daleka był widoczny. Postaliśmy, popatrzyliśmy. Wróciliśmy z powrotem w stronę kwatery, żeby w końcu coś zjeść. Kolejne zdziwienie: na starówce prawie nie ma knajp z jedzeniem. Wszędzie napisy "Kavine" albo "Klubas" (strasznie mnie to bawiło), ewentualnie "Pubas klubas" (jeszcze śmieszniejsze). Gdzieniegdzie tylko restauracje i to przy hotelach. Wreszcie wchodzimy gdzieś w boczną ulicę i znajdujemy restaurację o nazwie "Cili Kaimas". W środku wygląda ekskluzywnie, więc w wejściu od razu proszę po angielsku po menu: a tu niespodzianka, ceny przystępne. Pani prowadzi nas do stolika, siadamy i wybieramy. Zapomniałam zabrać z domu słownik, więc mam trochę problemów z angielskimi nazwami potraw. Na szczęście są zdjęcia. W końcu zamawiamy. Pani pyta o sos do cepelinów, ja Mu tłumaczę z angielskiego i okazuje się, że pani mówi po polsku. Co za ulga. Jedzenie było naprawdę smaczne, pani przesympatyczna, atmosfera miła. Krem z borowików w chlebku - mmmmm. Pycha. Cepeliny w sosie grzybowym ze śmietanką i cebulką - mmmm. Pycha. Piwo też :D W końcy wychodzimy, robimy rundkę dookoła starówki i wracamy na kwaterę. Zmęczeni nieźle, zmarznięci trochę, zostajemy niemiło zaskoczeni: kaloryfery zimne i ani śladu ciepłej wody... Obsługi tez ani śladu, więc idziemy spać przytuleni jak dwa koty - żeby było cieplej.... :)

Dzień drugi

Budze się wcześnie, mam typowe problemy ze spaniem w nowym miejscu. W pokoju zimno, a za oknem przeraźliwie szaro. Na szczęście ciepła woda jest. Kąpiel, ciepła herbatka. Na śnaidanie urodzinowe ciasto - w koncu niedziela i On świętuje. Życzenia, buziaki, prezencik.... Wyłazimy na miasto dopiero o 11 i od razu udajemy się do muzeum Mickiewicza, a dokłądniej mowiąc - Adomasa Mickiewiciusa. Dołączamy do grupy z Polski. Muzeum jest skromniutkie, to zaledwie 2 sale na parterze i jedna na piętrze, pamiątek niewiele, ale za to klimat swojski. Pstrykamy pare fotek i idziemy dalej. Tuż obok znajduje się pomnik wieszcza, jakiś taki toporny. Nie podoba nam się, no ale fotka obowiązkowa. Punkt nr 2: baszta Gedymina, legendarnego założyciela Wilna. Baszta jest częścią pozostałości po górnym zamku. Dolny omijamy, wspinamy się na górę z językiem na brodzie i na szczycie okazuje się, że z dolnego zamku wjeżdża tu ... winda. Włazimy na basztę - tu nie ma windy, za to jest płatny wstęp - 4 lity od głowy. Na górze taras widokowy - pogoda nie sprzyja panoramy miasta. Trochę się gapimy, ale za zimno na dłuższe podziwianie. Schodzimy na dół z decyzją udania się na obiadas. Powoli zaczynamy żartować z litewskiego, który brzmi jak jeden wielki bołbot, ale wiele wyrazów kończy się na -os lub -as: centras, gintaras, klubas, automatas... Lądujemy w czymś w rodzaju naleśnikarni - wyglądało, ze jest tanio. Czekaliśmy na stolik z 10 minut. Zamawiam po angielsku, ale pani nie rozumie, więc stukam palcem w kartę. Jest śmiesznie. Nastrój psuje grupa Polaków - ładują się nam do stolika, są głośni, a przede wszystkim mają tylko jednego tłumacza (ich było z 15). Zdegustowani zachowaniem rodaków wychodzimy z knajpy. Lokal radzę omijać - jest tuż koło Ostrej Bramy: tłumy, a naleśniki to na dwa kesy ledwie starczą, więc ostatecznie żadna oszczędność. Zaspokoiszy pierwszy głód, ruszamy w miasto. Główne ulice juz znamy, najważniejsze budowle też. Postanawiamy wiec odkryć miasto po swojemu i zapuścić sie tam, gdzie żaden przewodnik nas nie doprowadzi... Boczne uliczki. I tutaj to już szok za szokiem. Ekskluzywne sklepy w centrum, a tuż za rogiem: powywalane na środek śmieci, poniszczone mury, rozwalone okna, brud i ruina. Wrażenie neisamowite. Horrory można by kręcić w tym mieście i wcale nie trzeba by szukać długo odpowiednich miejsc. Łazimy do zapadnięcia zmroku. Odwiedzamy kościół, w którym wisi oryginalny obraz namaowany wg wizji św. Faustyny, potem synagogę, potem znowu jakiś kościół, skwerki, uliczki...Wracamy do cenrum i idziemy szukać jedzonka. Znajdujemy kolejną "Cili Kaimas", tym razem na innej ulicy. Tam już mniej miło i po polsku nie mowią, ale jedzenie takie same. Zamawiamy zupę fasolową, w której - uwaga - pływają pokrojone świńskie uszy... Wcześniej oczywiście tego nie wiedzieliśmy! Zjadamy zupę, nie ruszając uszu, potem kotleciki i wracamy na kwaterkę, po drodze kupując nalewkę żurawinową. Jak przwidywaliśmy, w pokoju było zimno. Grzejniki prawdopodobnie steowane sa elektrnicznie. Sączymy nalewkę na rozgrzanie, po piątym kieliszku nawet smak da się wytrzymać... Postanawiamy zostać gdzieś na 3. noc i zapadamy w zdrowy sen, ubrani w skarpetki i bluzy pozakładane na piżamy....
Dzień trzeci

Wstajemy koło 9. Szybkie śniadanie pakowanie gratów. Do 11 zwalniamy pokój i od razu wyruszamy do najbliższego miejsca w poszukiwaniu noclegu. W bramie obok znajduje się podobny do naszego dom gościnny. Miła obsługa po polsku i najważniejsze - pokój jest. Zaklepujemy miejsca i wyruszamy na dalszy ciąg zwiedzania. Najpierw Uniwersytet Wileński. Szok nr 1: płatny wstęp. Tego to ja jeszcze nigdzie w Europie nie widziałam. Pewnie by nam się upiekło, gdyby nie ten Jego wielki aparat. Bileterka leci za nami z 5 metrów wrzeszcząc cos po litewsku. Dobra, płacimy i wchodzimy. I szok nr 2: wielkie rozczarowanie. Tam praktycznie nie ma nic do oglądania! Jest kościół na głównym dziedzińcu, a w środku książki "litewskich naukowców": Poczobuta, Śniadeckiego, Skargi... Wszystkie podpisy po litewsku - na szczęście książki po polsku, to rozumiemy o co chodzi... Zdegustowani wychodzimy z uniwerku.
Kolej na drugie śniadanie: kawa i kibiny, karaimskie pierogi. Od tych zapachów robimy się głodni, zamawiamy sernik. Okazuje się, że oni go jedzą na gorąco, a smakuje jak posłodzona bulwa... Pani patrzy na nas wilkiem, bo jesteśmy Polakami. To zadziwiające, ale naprawdę nas tam nie lubią i to się czuje. Wyjątkiem są młodzi ludzie, którzy nie wiadomo gdzie nauczyli się po polsku. Im to chyba cała historia jest obojętna... Mijamy żydowską dzielnicę i kierujemy się na cmentarz na Rossie. Ponoć każdy Polak powinien go zobaczyć, to idziemy. Ja jak zwykle na naszych wycieczkach robie za pilota, bo zawsze w domu dokladnie przewalam mapę i przewodniki, żeby wiedzieć co i jak (a tym razem to jeszcze trzymałam kasę, hahaha!). Człapiemy wzdłuż uliczki tuż przy torach kolejowych. On upewnia się, czy to rzczywiście tędy, bo widoki ukazujące się naszym oczom są przerażajaco ponure. Żeby było zabawniej, tuż przy torach kolejowych znajdują się kwatery rozreklamowane w necie jako idealne miejsca dla Polaków (blisko do cmentarza i Ostrej Bramy). Tylko w tych reklamach nie było ani słowa o torach pod nosem i lotnisku niedaleko, więc śmiejemy się z tych biedaków, co tam śpią (rejestracje same znajome, głównie białostockie). Wreszcie dochodzimy do cmentarza. Pod parkanem można kupić znicze, pamiątki i chyba tylko wódki brakowało (przynajmniej na widoku). Kupujemy świeczkę i wchodzimy na cmentarz. Najpierw grób matki Piłsudskiego z jego sercem w metalowej urnie. Dookoła maleńkie tabliczki żołnierzy poległych w walkach o Wilno. Rezygnujemy z zapalenia znicza, bo i tak ich już tam dużo. Postanawiamy zapalić go na jakimś zapomnianym grobie. Nie mieliśmy pojęcia, co mówimy. Może należałoby zapytać, który tam zapomniany nie jest?! Cmentarz niesamowicie nas przygnębia. Rozpadające się, zarośnięte nagrobki. Bez krzyży, z powybijanymi zdjęciami. Nie oszukujmy się, część z nich jakiś czas temu celowo była dewastowana i to widać! Zapalamy znicz na pierwszym lepszym gruzowisku z płyt nagrobnych. Na płacz mi się zbiera, więc po półgodzinnym spacerze wracamy. Zaczepia nas jakiś maluch, mówi po polsku, prosi o parę groszy na zeszyty, to dajemy mu złotówki - nie mam sumienia odmówić po tych widokach, nawet jeśli oszukuje... Idąc w stronę starówki, dyskutujemy o historii i o tym, co zobaczyliśmy. Przy okazji zatrzymujemy się koło ciekawego mostu na Wilence - wszystkie pręty ozdobione kłódkami. Gapimy się dalej: obok stoi tablica z napisami, w tym jeden po polsku: "Republika Zarzecza". Wchodzimy. Za rzeką widoki, jakich u nas nie znajdziemy. Potwornie zrujnowane budynki wesoło ozdobione pięknymi obrazami na ścianach. Drzewa pomalowane w paski. Na Wilence jeden mostek donikąd. Zapuszczamy się głębiej - znajdujemy różne ciekawe miejsca i "ozdoby". Na dyktach osłaniających plac budowy ktoś wymalował repliki Van Gogha, Mattise'a...mijamy też kilka odnowionych budynków, wkomponowanych w ruiny. Wychodzimy z dzielnicy Uzupio nieźle rozbawieni.
Potem kolej na odwiedziny w Ostrej Bramie - w końcu wbiliśmy się na samą górę, wcześniej za dużo było ludzi. Prawie pół godziny spędzamy przed obrazem, z Litwinami odmawiajacymi różaniec. Kiedy kończy sie modlitwa i ludzie wychodzą, robimy w środku parę zdjęć. Tutaj nikt na to nie patrzy krzywo. Nie wiem czemu, ale zawsze myślałam, ze ten półksiężyc pokazywany na obrazkach, jest przytwierdzony do obrazu. A tymczasem on sobie stoi na ołtarzu i między nim a obrazem jest sporo przestrzeni. Wracamy na kwaterę, odpoczywamy. Pora na kolację. Trafiamy do knajpki znalezionej w angielskim przewodniku. Pod samym nosem mieliśmy świetne miejsce. W sali sami Polacy. Aż śmiesznie, bo tylko kelnerka po polsku nie mówi i nie rozumie. Zjadamy co nieco i próbujemy innej nalewki. Nie chcemy znów kupić kota w worku. Tym razem trunek okazuje się niezły. Trochę pachnie ziołami i anyżem. Dla zainteresowanych: nazwa to "999", etykieta zielona (bo jest kilka rodzajów). Po jedzonku i nalewce czas do łóżka. Tym razem w kwaterce jest ciepło jak w uchu, ale za to czeka nas inna niespodzianka: około 23 wyłączono korki i nie byo prądu do 8.30 - zawsze znajdą jakiś sposób na oszczędność ! :D
Wtorek wita nas pięknym słońcem. Jak zwykle - na podróż do domu pogoda się poprawia, hehe. Pakujemy się, jemy śniadanie i ostatni raz idziemy popatrzeć na miasto z Góry Trzech Krzyży. Widok rzeczywiście ciekawy. Prawdą jest powiedzenie: jeśli w promieniu kilkunastu metrów nie widzisz żadnej wieży kościelnej, to na pewno nie jesteś w Wilnie. Trudno zliczyć, ile tam jest kościołów, ale duuuuuuuuużo. Wracamy przez główny plac, wymieniamy trochę złotówek z myślą o obiedzie i wsiadamy w auto.... Wyjeżdżamy autostradą na Kowno, akrótce potem odbijając do Trok. Dojeżdżamy do miasteczka malowniczą drogą przez pagórki i dolinki. Parkujemy na podwórku, bo taniej wychodzi niż płacić za te ich parkomatrasy (biletu automatas :D ). Przed nami widok piękny: malownicze jezioro, a na nim wyspa z gotyckim zamkiem, do którego droga prowadzi przez długi drewniany most. Woda lśni w słońcu. Dookoła kramiki z pamiątkami i oczywiście : sami Polacy! Zamek jest uroczy, nieduży. Utrzymany dobrze i czyściutki. W środku wiele różnych przedmiotów. Biletas kosztuje 12 litasów od głowy, ale przynajmniej wiadomo, na co się je wydaje. Łazimy ze 2 godziny, oglądając wszystko dokładnie. Większość pamiątek związana jest z polskimi królami, którzy spędzali w Trokach najwięcej czasu: Żygimantu Augustas, Kazimieras, i tak dalej. Opisy przedmiotów po angielsku, rosyjsku i niemiecku - kolejny dowód na antypatię do naszej nacji. No cóż... Opuszczamy zameczek i udajemy się na obiad. Jedyna restauracja w pobliżu okazuje się droga, a jedzenie nie najlepsze. Robimy zakupy w miejscowym sklepie (czarny chlebek litewski, gira - coś jakby kwas chlebowy, naleweczka "999") - i do domu................ Do Polski wjeżdżamy około 18.30. Podróż powrotna zajęła nam zaledwie 4 godziny, a biorąc pod uwagę różnicę czasu to nawet trzy ;)

Parę rzeczy zadziwiło mnie niewątpliwie w tym kraju. Wyłączanie prądu i ogrzewania turystom płacącym spore pieniądze - nie do pomyślenia w XXI wieku. Ekskluzywne centrum tuż obok potwornie zrujnowanych budynków (nie wiem, których było więcej). Uparte przerabianie polskich imion i nazwisk na litewskie (u nas sie tego jednak nie robi). Kosmiczne ceny noclegów. Świńskie uszy w zupie fasolowej. Piękne obrazy namalowane na ścianach ruder. Wreszcie samochody: Polacy jeżdżą starymi gratami w porównaniu z Litwinami. I luksusowo urządzone chaty w tych zrujnowanych budynkach... I poczucie humoru mieszkańców Wilna: znaki drogowe przerabiają po swojemu, dolepiając do nich kocie łby, świńskie uszy i gęby kaczek - takie jakos aluzyjne.................. ;)
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (5)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
nondrusiaki
Ela ****
zwiedziła 5% świata (10 państw)
Zasoby: 98 wpisów98 0 komentarzy0 11 zdjęć11 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
01.01.1970 - 01.01.1970
 
 
10.07.2010 - 18.07.2010
 
 
04.05.2009 - 09.05.2009